Niesamowite tempo, cztery bramki, odwrócenie losów spotkania, dwa niewykorzystane rzuty karne, dwie czerwone kartki i gol samobójczy w ostatniej minucie. Scenariusz niczym z jednego z najciekawszych spotkań angielskiej Premiership. Jednak to polska Ekstraklasa. Do teraz przecieram oczy ze zdumienia. Przeczuwałem, że będzie to dobry mecz, ale to, co pokazali piłkarze na Stadionie Miejskim w Kielcach przerosło moje oczekiwania.
Chwaliłem we wcześniejszych artykułach Małeckiego i jego Wisłę. Mimo dobrego spotkania, „Biała Gwiazda” musi dostać dziś jednak ode mnie po głowie. Niespełna tydzień temu przewidywałem, że sprawa mistrzowskiego tytułu została przesądzona. Obiektywnie patrząc dziś na tabelę, Wisła wcale mistrzem być nie musi. Ma tylko 6 punktów przewagi nad drugą Jagiellonią. A kolejek zostało przecież jeszcze 9.
Skłaniałem się ku Małeckiemu w kadrze. I skłaniał się będę dalej, ale szkoda tej niewykorzystanej jedenastki w meczu z Koroną. Bo o tym, że Edi nie trafił z 11 metrów kilkanaście minut wcześniej nikt by nie pamiętał, gdyby „Mały” pokonał Małkowskiego.
No i słówko o sytuacji z 93 minuty. Szkoda mi tego Wilka. Chłopak przecież z Korony jest. Kilka lat tam spędził, zadebiutował w Ekstraklasie. Teraz jednak przywdziewa trykot Wisły. W niedzielne popołudnie chyba się zapomniał i skierował piłkę do własnej bramki. To znaczy tej Wisły. Ucieszył tym niezmiernie kibiców Korony, ale przecież on teraz gra dla Wisły. Zagmatwane to wszystko, jednak pewne jest to, że tym zagraniem Wilk przedłużył szansę Jagi na walkę o mistrzostwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz