środa, 10 sierpnia 2011

Bo za błędy się płaci

Nie podoba mi się niekonsekwentność naszego selekcjonera. Jednych wyrzuca za jakieś wybryki, drugim daje drugą szanse, a trzecim w ogóle nie podaje ręki w rozwoju.
Pierwsza grupa – to grupa bardzo ważnych dla kadry piłkarzy, którzy NA PEWNO byliby kluczowymi postaciami na Euro 2012. Niestety ich w kadrze już nie ma i za Smudy nie będzie. Mówię o Arturze Borucu i Michale Żewłakowie, którzy wciąż nie dostali rozgrzeszenia od selekcjonera za rozdmuchaną aferę samolotową.
Druga grupa to piłkarze, którzy początkowo nie chcieli słyszeć o naszej reprezentacji jednak po kilku indywidualnych porażkach – przyszli z podkulonym ogonem. Myślę tutaj o Sebastianie Boenischu, który PODOBNO wraca do zdrowia i Eugenie a raczej Ojgenie Polanskim. Ten drugi za wypowiedzi z tamtego roku nie powinien otrzymać szansy gry z orzełkiem na piersi. Chyba, że tym niemieckim.  
"Orzełek" dla Polanskiego
I ostatnia grupa. Należy do niej chociażby Patryk Małecki. On zostaje zawsze pomijany przy powołaniach. „Mały” dwoi się i troi ale powołanie do Wisły nie przyjdzie. A jak przyjdzie to dla rezerwowego ostatnio – Czarka Wilka. Nie ujmując niczego defensywnemu pomocnikowi, powoływanie go do reprezentacji jest jednak co najmniej na wyrost.
No ale jak mamy już Polanskiego, bo nie wątpię, że dziś ten gracz zadebiutuje w naszej reprezentacji – nie będziemy mieli już nikogo z Wisły. Dlaczego? Bo wtedy Wilk już powołań otrzymywał raczej nie będzie, bo to przecież ta sama pozycja co Eugen.
Co prawda mistrz kraju – jest to mistrz bardzo internacjonalny, inaczej mówiąc bardzo międzynarodowy. Jednak moim zdaniem, jeśli już Radek Sobolewski w kadrze grać nie chce – to należy dać szansę Małeckiemu. Nie sprawdzi się to trudno, mamy kilku ciekawych skrzydłowych w kadrze. Jest Grosicki, Błaszczykowski, Mierzejewski, Obraniak, Peszko. Jednak następny w kolejce powinien być gracz Wisły, a nie Szymon Pawłowski z Zagłębia.
Apeluję więc do naszego selekcjonera o większą konsekwentność w swoich czynach. Skoro jednych skreślił na dobre za błędy, to innym szans nie powinien dawać. A przecież hasło w stylu „dla Polski grać nie chcę” lub „jestem niemieckim piłkarzem” – jest chyba silniejsze niż wypicie przez doświadczonego piłkarza winka w samolocie.
Z drugiej strony, nie oczekujmy jednak sprawiedliwości od oszusta. Przecież Franz sam mieszał w ustawianiu meczów. Głupcem jest ten, kto twierdzi, że Smuda nie wiedział o korupcji. Czemu niby był w tym meczu swojego Zagłębia z Cracovią taki dziwnie spokojny. Przecież walczył o puchary. Zawsze lata przy tej linii i jest czerwony jak burak ze złości, a tam mimo kopania się po czołach jego piłkarzy, stał spokojnie lub nawet siedział na ławce. Toż to nie w Pana stylu, selekcjonerze.
Tak selekcjoner NIE wyglądał w ustawionym meczu z Cracovią

I co miało znaczyć to hasło Smudy, że Piszczek miał milczeć nt. korupcji? Chłopak zrobił dobrze, okazał skruchę. To, że Pan, panie selekcjonerze na ten temat milczy, nie znaczy, że wszyscy są tacy…

środa, 3 sierpnia 2011

Skruszony

Najlepszy prawy defensor Bundesligi sezonu 2010/11, mistrz Niemiec, pewniak do gry na Euro 2012. Długo by wymieniać. Łukasza Piszczka, bo o nim mowa, można opisywać w wielu superlatywach. Pośród tych wszystkich zalet na koncie gracza Dortmundu jest jedna mała skaza. Jednak czy taka mała?
Czas pokaże jakich rozmiarów jest to skaza. Na dzień dzisiejszy, Piszczek zrezygnował z występów w kadrze na okres sześciu miesięcy. Nie czekał na uprawomocnienie wyroku i poddał się karze dobrowolnie. Optymalnie, boczny obrońca odpokutuje te pół roku i wróci do kadry Smudy. Może jednak nie być tak kolorowo. Nie chcę być pesymistą, ale niech Borussia w tym sezonie gra słabiej niż rok temu, niech Łukaszowi przytrafi się jakiś uraz…
Odpukać w niemalowane. Smuda w takiej sytuacji musi w końcu postawić na kogoś innego. Na prawej stronie defensywy mamy obecnie dziurę. Biorąc pod uwagę, że mamy jeszcze większą na środku i lewej stronie – zostaliśmy bez obrony. Do Euro zostało niespełna rok. Drużynę podobno buduje się od tyłu.
Na prawej nie widać nikogo, bo przez większość czasu grał Piszczek. Może szansę dostanie Wasilewski? Może grał będzie Rzeźniczak. Umówmy się jednak, że boczny defensor Legii to nie ten sam poziom co gracz Borussii.
Na lewej będziemy (?) mieli pożyczonego z Niemiec – Sebastiana Boenischa. O ile oczywiście ten w końcu się wyleczy i będzie regularnie grał w piłkę. O środku defensywy wypowiadał się nie będę. Powiem tylko tyle, że chciałbym widzieć tam Polaków z krwi i kości, a nie francusko-kolumbijski duet, który wykreowałby swoją osobę dzięki jednemu turniejowi.
To pokazuje ile zbudowaliśmy przez te kilka lat przygotowań. Szkoda, że wszyscy skorumpowani grać w piłkę mogą. Piszczek, jako reprezentant też powinien móc. To jednak nie jest za bardzo normalny kraj i dlatego specjalnie nie dziwię się, że przez głupotę tracimy swojego najlepszego obrońcę (a może nawet zawodnika). Swoją drogą nie dziwię się decyzji Piszczka. On też chce już zamknąć ten rozdział. Dlatego już dziś podjął taką decyzję. To, że jako młody zawodnik nie miał pewnie nic do powiedzenia w szatni Zagłebia – to nie jego wina. Zrzucił się biedak, wynik ustawiono i 5 lat później cierpi.
Szkoda, że nie wstawił się za nim jego ówczesny trener. Może jego też by zawiesili? Gdyby ktoś miał wątpliwości, kto wtedy był trenerem Zagłębia zapraszam do obejrzenia poniższego filmiku. (konkretnie głos komentatora w 2:12)

wtorek, 26 lipca 2011

Pozostał stempel

Nasza Wisełka po zwycięstwie nad Litexem w Łoweczu jest bardzo bliska przejścia do ostatniej – czwartej rundy eliminacyjnej Ligi Mistrzów. „Biała Gwiazda” wynik ugrała niemalże idealny. Grając na wyjeździe strzeliła dwie bramki, tracąc zaledwie jedną. To naprawdę duży handicap przed spotkaniem rewanżowym w Krakowie.
Nie wnikajmy w to, że arbiter się mylił (choć robił to w obie strony). Nie przypominajmy już, że Bułgarzy dwukrotnie obijali poprzeczkę. Po co to robić? Zapamiętajmy, że Wisła po bramkach Lameya i Meliksona pokonała mistrza Bułgarii. I niech tak zostanie. Przy Reymonta przybije się jeszcze tylko stempel i wyśle tę „pocztówkę” z zapytaniem o ostatnią przeszkodę przed piłkarskim rajem. 
Jakiej wiadomości nie byłoby w tej pocztówce, jestem w stanie stwierdzić, że Wiślacy w tym sezonie rzeczywiście mogą awansować do fazy grupowej. Początkowo byłem do tego nastawiony sceptycznie. Pierwszy mecz ze Skonto szału nie zrobił. Drugi był ok. Teraz wynik z Litexem bardzo pozytywny i zaczynam bardzo wierzyć w zespół Maaskanta. Wróćmy jednak do rzeczywistości i przybijmy w przyszłym tygodniu ten stempel. Bo jak tego nie zrobimy to nie Wisła, a Litex będzie pytał o rywala w czwartej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.

czwartek, 7 lipca 2011

Warzywniak


Po wyjazdowym meczu rewanżowym Jagiellonii w pierwszej rundzie eliminacyjnej Ligi Europejskiej nasuwa mi się na myśl jeden temat. Temat, który widnieje na samym szczycie tego wpisu. Tak, warzywniak. Otóż ten pospolity sklep miał niestety dziś dużo wspólnego z meczem przeciwko Irtyszowi.

Patrząc na grę drużyny z Białegostoku nie potrzebna nam była cebula, żeby się popłakać. Niestety były to łzy smutku. Żeby tego było mało, pokonał nas zespół… ogórków. Bo inaczej ekipy z Kazachstanu nazwać się nie da. Od razu nasuwa mi się pomysł rzucania w naszych kopaczy pomidorami. Kopaczy, którzy zrobili sobie z nas jaja. Gdybym był rasistą, rzucałbym też bananami w ciemnoskórego piłkarza Kazachów, który strzelił bramkę na 1:0. Jestem jednak tolerancyjny. Nasi piłkarze (?) nie mieli pomysłu na grę, a ich jedyną bronią było zagranie „na kabaczka”. Kabaczek, jako warzywo chude i podłużne przypominało sposób gry Jagi w czwartkowym pojedynku. Krótko mówiąc, nasi gracze starali się grać długą piłką na niegrzeszących wzrostem: Frankowskiego, Plizgę, Kupisza czy Maycona. Po tej potyczce, wszyscy w Polsce jesteśmy zdegustowani poziomem naszego futbolu. Po Tallinie, Karabachu itp. przyszedł czas na pośmiewisko z Jagiellonii. Po takim występie-wstydzie podopieczni Probierza i on sam powinni być czerwoni jak buraki.

Już tak podsumowując. W każdym szanującym się warzywniaku, właściciel, czy też pracownicy wyrzucają po dniówce jakieś zgnite warzywa czy owoce. Łącząc fakty, domagałbym się tego samego w Jagiellonii, szkoda tylko, że do ligi zostało nieco ponad trzy tygodnie. Więc nie wiem czy urosłoby w tym czasie coś nowego na tych krzakach. Już chyba lepiej zakryć jakoś niedomówienia i spróbować sprzedać wadliwy towar… Może nikt się nie zorientuje?

piątek, 1 lipca 2011

Gliwickie ruszenie

Nie często mamy do czynienia z takim obrazkiem. Po nieudanym sezonie i niezrealizowanych celach przeważnie wyrzucany jest trener. Tym razem, mimo usilnych starań kibiców Piasta, Marcin Brosz pozostał na stanowisku trenera pierwszej drużyny.
Sprawa o tyle ciekawa, że chyba żaden kibic gliwickiego klubu nie chce widzieć już Brosza i spółki na Okrzei. W Piaście zrobiono inaczej niż wszędzie. Stwierdzono, że to nie sztab szkoleniowy jest winny, ale piłkarze. Z klubem pożegnali się już Chałbinski, Szary, Krzycki, Podgórski, Kozik, Muszalik, Iwan, Biskup oraz Maycon, który nie został wykupiony z Jagiellonii. Żeby tego było mało odszedł piłkarz kojarzony od lat z tym klubem. Mowa o Jarosławie Kaszowskim. Po 14 sezonach, wychowanek Piasta nie dogadał się z działaczami w sprawie nowego kontraktu i już w klubie go nie ma. Oczywiście jak to w Polsce. Miłego pożegnania nie było. Będzie za to prawdopodobnie sąd, bowiem zawodnik twierdzi, że miał z władzami klubu umowę, na mocy której może grać dla Piasta jeszcze przez kolejny rok. Klub zaprzecza.
Po tym gliwickim ruszeniu wcale nie dziwię się, że w tamtym sezonie było tak kiepsko. Ślepy by zauważył, a głuchy usłyszał, że w Piaście były problemy na linii zawodnicy-trener. Teraz mamy jednak czystkę. Z klubu odeszli praktycznie wszyscy, którzy w szatni mieli coś do powiedzenia. Ciekawe tylko, z kogo Brosz poskleja swój nowy zespół. Oby to się nie skończyło drugą ligą w Gliwicach, bo przy obecnym stanie kadrowym na nic więcej jak utrzymanie Piasta nie stać.
A przecież szkoda byłoby tego stadionu w drugiej lidze…

Nie ma gdzie

Mecz o Superpuchar Polski nie odbędzie się w pierwotnym terminie. Taką decyzję podjęła Ekstraklasa SA. Podobno odbędzie się w lutym 2012. Powód? Ta decyzja została podyktowana m.in. tym, że nie udało się znaleźć neutralnego stadionu, na którym mecz mógłby zostać rozegrany w pierwotnym terminie.
Super. My to zawsze mamy wszystko na opak. Pytam się jak to nie ma gdzie zagrać? Co to, mało stadionów powstało w Polsce? Lepiej zagrać w lutym na narodowym w Warszawie… Tylko co to za Superpuchar, który jest w przerwie między rundami. Nie znam kraju gdzie praktykuje się coś tak snobistycznego. Jak wprowadzać jakieś innowacje to na lepsze. Przecież aż miło byłoby popatrzeć przed sezonem na starcie mistrza kraju – Wisły i zdobywcy pucharu – Legii. Legii, która wzmacniając się sukcesywnie będzie chciała „Białej Gwieździe” odebrać prym w kraju. Po co jednak kibice mieliby pooglądać ciekawy mecz polskich najlepszych drużyn w trakcie wakacji i lata. Lepiej przecież zorganizować go w lutym, w środku zimy. Ironizuje, bo inaczej się niestety nie da.
Niech Wam na tym Superpucharze tyłek do krzesła z mrozu przymarznie. Bo jak mówi słynny kawał - na górne partie ciała już za późno. Oj zapomniałem, przecież ważniaki polskiej piłki pewnie będą siedzieć w ciepłych pomieszczeniach…

czwartek, 30 czerwca 2011

Sobiech lepszy od JW

Miał oferty z lepszych klubów. Wiedział, że Wojciechowski go nie puści. Przecież zapłacił za niego milion Euro i chciał żeby strzelał dla niego regularnie bramki. Ale właściciel JW Constructions wpadł na genialny pomysł. Podpiszmy aneksy do umów. Zamroźmy 20% pensji i wypłaćmy więcej w przypadku awansu. Otwarła się furtka. Prawie wszyscy zostali, jednak dwóch wykorzystało otwarte drzwiczki i uciekło tyłem. Jeden póki co uciekł ale do klubu kokosa, drugi dzięki nieuwadze prezesa grał będzie przy wielotysięcznej publiczności czwartej drużyny poprzedniego sezonu Bundesligi – Hannoveru 96.
Sobiech nie jest głupi. Miał oferty, wiedział, że po dobroci nie odejdzie. Postawił się i dzięki temu mu się udało. Otworzył sobie drzwi do miejmy nadzieję pięknej kariery. Jeśli będzie w tym Hannoverze grał a nie tylko oglądał kolegów z ławki, czy trybun to może poważnie zagrozić innemu piłkarzowi występującemu na co dzień w Bundeslidze – Robertowi Lewandowskiemu. Nie chodzi mi tutaj jednak o kolejny spektakularny transfer, ale o miejsce w podstawowym składzie reprezentacji Polski n Euro 2012.
Artur więc wyszedł z tej potyczki zwycięsko, bo zyskał sportowo. A prezes Wojciechowski? Było, nie było, mimo iż Sobiech zagrał mu na nosie, to zainkasował 200 tysięcy Euro na czysto. Taka bowiem różnica była między transferem Sobiecha rok temu, a teraz. I jak tu tego pana nie lubić i o nim nie pisać…

piątek, 24 czerwca 2011

Drogi interes

Roman Abramowicz wyłożył za André Villas-Boas – trenera Porto astronomiczną, jak na trenera kwotę 15 milionów Euro. Sumę takową Portugalczyk miał wpisaną w kontrakcie i działacze Porto nie mogli nic poradzić na napalonego Rosjanina. Klauzula ta więc nabrała mocy, a utalentowany trener przeniósł się do Londynu, gdzie poprowadzi tamtejszą Chelsea. Villas-Boas kroczy podobną drogą, co Jose Mourinho. Dla przypomnienia obaj są Portugalczykami, obaj wygrywali najważniejsze europejskie trofea z Porto (Mou – LM, a Boas – Ligę Europy) oraz obaj z portugalskiego klubu przenosili się na Wyspy Brytyjskie. Ba, Boas – tak jak wcześniej Mourinho trafił do londyńskiej Chelsea. Żeby tego było mało, interesy obu panów reprezentuje ten sam manager – Jorge Mendes.
15 milionów Euro to kwota astronomiczna, jednak wydaje się, że Villas-Boas jest wart tych pieniędzy. Porto prezentowało nie tylko efektowny, ale i efektywny futbol w zeszłym sezonie. Zespół prowadzony przez Portugalczyka zdobył wszystko co mógł na krajowym i europejskim podwórku. Abramowicz zainwestował więc w towar ciepły i mało wadliwy. Miejmy nadzieję, że Portugalczyk zmieniając aurę z ciepłej portugalskiej na deszczową Anglię nie zmieni swoich przyzwyczajeń i wpoi swoim graczom chęć wygrywania i pokazywania piękna futbolu.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Nieprzyjemne pożegnanie

Tak się nie robi. Ikony drużyny tak się nie traktuje. Bo jeśli ktoś mi mówił o Lechu w ciągu kilku ostatnich lat miałem przed oczyma obraz udanej gry w europejskich pucharach, pięknego stadionu oraz pewną osobę ubraną w niebiesko-biały trykot. Chodzi mi tutaj o kapitana Lecha – Bartka Bosackiego. Teraz to już byłego kapitana. Siedział sobie ów człowiek na urlopie, wyciszył się zapewne i naładował na nowy sezon, bo przecież ma już prawie 36 lat więc regeneracja po ciężkim sezonie trwa dłużej. Wrócił z urlopu, a tutaj niespodzianka. Prezes Rutkowski oznajmił, że kontrakt nie zostanie przedłużony. Bosacki w ten sposób został na lodzie. Ale lód ten śliski, a Bosacki przypuszczam dobrze się po nim będzie poruszał i zamiast odbijać się od band trafi do jakiegoś innego ekstraklasowego klubu. Bo w kilku klasowego stopera z takim doświadczeniem brak.
Szkoda, że w Polsce nie docenia się wkładu zawodnika w dobro klubu. Porównam może trochę na wyrost, bo dużo nam do klasy Primera Division brakuje, a do Realu Madryt tym bardziej. Jednak tam potrafili się pięknie pożegnać z żelaznym polskim rezerwowym – Dudkiem. Tutaj ciężko zachować godność wobec ikony klubu i kapitana drużyny. Nieładnie panie Rutkowski…

piątek, 17 czerwca 2011

Tureckim targiem

Józef Wojciechowski pokazał, że tanio swojego najlepszego zawodnika nie sprzeda. Tak też się stało. Turcy dawali 4 miliony Euro. Nie zgodził się. I dobrze, bo wyciągnął za swojego lidera dużo więcej. 21 mln złotych, czyli w przeliczeniu 5,3 mln Euro. Tyle zainkasował właściciel Czarnych Koszul.
Turcy uparli się na transfer tego zawodnika. My możemy się tylko cieszyć, że kolejny Polak dołączył do będącej w Trabzonie naszej trójki. Do braci Brożków i Głowackiego doszedł Mierzejewski. Dla naszej kadry to informacja doskonała, bowiem Adrian jeśli będzie w formie, to grać będzie na pewno. Przecież przy jego sprowadzeniu najbardziej upierał się coach wicemistrza Turcji, i to nie było kto, bo sam Senol Gunes. Człowiek, który m.in. jako selekcjoner reprezentacji Turcji na mundialu w 2002 roku zdobył brązowy medal. Powodzenia Adrian!

niedziela, 29 maja 2011

Kosmos

Wielkie widowisko to było. Szkoda, że jednostronne. Barcelona pokazała wszystkim jak gra się ówcześnie w piłkę nożną. Takie mecze przechodzą do historii. Nie pamiętam finału Champions League, kiedy jedna z drużyn oddała tylko jeden celny strzał na bramkę. To świadczy o klasie i formie drużyny z Katalonii. 
W sobotni wieczór mieliśmy jak na tacy porównanie drużyny technicznej, która złożona jest z wielu niskich piłkarzy z ekipą, która budowana jest w oparciu o piłkarzy dobrych fizycznie. Wygrała technika i piękno futbolu. Posiadanie piłki 63%-37%, strzały celne 12-1. To wszystko na korzyść Barcy. 3:1 to był najniższy wymiar kary i chyba nawet kibice Czerwonych Diabłów zgodnie przyznają, że puchar podniósł kapitan drużyny o niebo lepszej.
Nie wiem tylko, czy Manchester to kosmonauci, czy Barcelona gra futbol kosmiczny... 

sobota, 28 maja 2011

Będzie głośno

Już dziś wielkie święto futbolu na świecie. Finał Ligi Mistrzów. Najlepsze dwie europejskie drużyny (bo chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości) zmierzą się dziś na Wembley w finale najbardziej cenionych rozgrywek klubowych. Nie mam wątpliwości, że będzie to świetne widowisko. Mistrzowie dwóch najlepszych lig na świecie. Bo Premiership i Primera Division to absolutny „czub”. Brakować będzie jedynie, tego szumu medialnego, który zapewniał coach Realu – Jose Mourinho. Rok temu ten szum był, ale widowisko nie było najwyższych lotów. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Ciszej na konferencjach, za to baaardzo głośno na boisku. Bo i kibice będą, mimo tego iż ktoś sobie zażartował z tą płachtą o zamknięciu trybun Wembley na wniosek prezesa polskiej rady ministrów.
Oby ten mecz też był bardziej wyrównany niż dwa lata temu, kiedy Barcelona w finale pokonała Czerwone Diabły 2:0. Tym razem o strzelanie nie będzie tak łatwo, bo w bramce MU stanie po raz ostatni w swojej karierze Edwin van der Sar, który będzie chciał za wszelką cenę zawiesić buty, czy też rękawice na kołku będąc na szczycie.

niedziela, 15 maja 2011

Kamraci

Wisła wykonała plan, który miała na niedzielne derby Krakowa. Pokonała rywala zza miedzy, przypieczętowała mistrzostwo i przybliżyła Cracovię do spadku z Ekstraklasy. „Biała Gwiazda” została po raz trzynasty mistrzem Polski. Tym razem na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Teraz czas na rozglądanie się nad potencjalnymi wzmocnieniami. Może tym razem uda się polskiej drużynie awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów? Oby. Trzymamy więc wszyscy (mam nadzieję, że całemu narodowi będzie na tym zależeć) kciuki za Wisełkę w eliminacjach Champions League.
Jeśli chodzi o Pasy, to są wciąż w strefie spadkowej. Dużo zależeć będzie jednak od następnej kolejki, gdzie „kamraci” Cracovii w walce o utrzymanie, czyli Arka i Polonia Bytom zmierzą się w bezpośrednim pojedynku.
Walka o pudło trwać będzie do końca. Duże prawdopodobieństwo ustawienia drużyn na podium jest takie, że oprócz Wiślaków znajdą się też ekipy Śląska i Lechii. Wtedy mielibyśmy do czynienia z iście braterskim podziałem łupów w lidze. Przecież te drużyny mają ze sobą zgodę, a więc są… kamratami.

czwartek, 12 maja 2011

Gra na alibi

Decyzja PZPN-u o zamknięciu sektorów gości do końca sezonu woła o pomstę do nieba. Przez jeden wybryk pseudokibiców na finale Pucharu Polski, cierpi cała piłkarska Polska. Cierpią kibice, bo nie mogą pojechać na „wyjazd”. Cierpią działacze bo w minimalnym, ale zawsze jakimś stopniu wpływ z biletów jest mniejszy. I cierpią piłkarze, bo spotkanie bez fanatyków przyjezdnych to nie taki sam mecz, jak z kibicami obu drużyn.
PZPN gra na alibi. Chce zapobiec jakimkolwiek złym wydarzeniom, które miałyby odbyć się na stadionie. Szkoda tylko, że poszli po najmniejszej linii oporu. Przecież można było zaradzić temu problemowi w inny sposób. W innych krajach radzą sobie z demolkami kibiców. Ten kto oglądał w Bundeslidze mecz spadającego Eintrachtu to wie o czym mówię. Tam od razu uporano się z około setką kibiców. Ale po co u nas się przemęczać? Przecież teraz „wszystko” będzie super…
A teraz tak pół żartem pół serio, wpuścimy kibiców gości na mecze Euro?

środa, 4 maja 2011

(Mało)perfekcyjni

Finał Pucharu Polski – w tym sezonie mecz dwóch wielkich firm, dwóch wielkich polskich drużyn. Również mecz, który miał uratować w pewnym sensie sezon dla jednej z drużyn. I uratował Legię, a co za tym idzie Macieja Skorżę. Lech miał zwycięstwo na wyciągnięcie ręki. Prowadząc 1:0 z kiepską Legią należało dobić rywala. Tak się jednak nie stało i po raz kolejny przekonaliśmy się, że obecny jeszcze mistrz Polski to nie ta sama drużyna, co w ubiegłym sezonie.
Popis dała też chuliganka obu klubów. Strajk na początku meczu, burdy po meczu, zniszczony stadion, zniesmaczeni przedstawiciele UEFY, którzy przyjechali zobaczyć… jak Polska radzi sobie z organizacją imprez. Wypadliśmy pod względem organizacyjnym bardzo słabo. Wręcz kompromitująco. Cieszę się, że Legioniści byli tak perfekcyjni w tych rzutach karnych. Strach się bać, co by było z Wawrzyniakiem, gdyby nie trafił do bramki Kotorowskiego przy decydującej jedenastce…

wtorek, 3 maja 2011

Komedia

Sezon piłkarski 2010/11 w polskiej Ekstraklasie jest naprawdę śmieszny. Nie dość, że nikt nie chce zostać mistrzem Polski, prawie wszyscy bronią się przed spadkiem. Żeby tego było mało, Ci broniący przed spadkiem mają jeszcze szanse na europejskie puchary. To jest śmieszne. Do tego dochodzą problemy organizacyjne klubów. Kilka z nich nie płaci i trzeba to sobie powiedzieć otwarcie. Wyszła na jaw sprawa Widzewa. Piłkarze zaczęli strajkować, nie wyszli na trening. Prawidłowo. Mają grać za darmo? Nie. Za co wykarmią rodzinę? Za przysłowiowe „frytki”. Jeżeli jest kontrakt, to trzeba się wywiązywać z obowiązków, a jak się nie da – to przynajmniej trzeba potrafić się dogadać z zawodnikami. Żeby komedii nie było. Bo żeby się pośmiać to wolę do kina iść. Chociaż do śmiechu tu nie powinno być nikomu, bo to chyba komedia tragiczna jest, żeby w co najmniej 4 ekstraklasowych klubach słychać było o braku pensji (Górnik, Ruch, Widzew, Polonia B.).

piątek, 29 kwietnia 2011

Wszędzie dobrze…

Myślałem, że pomyliły się komuś daty lub po prostu jednemu z serwisów internetowych popsuł się silnik. Czułem, że miał to być news zaplanowany na 1 kwietnia, ale w szeregi strony wkradł się jakiś chochlik i dziś ujrzał światło dzienne. Wchodzę na kolejną stronę i co? To samo. Rezerwowy piłkarz stołecznej Legii – Alejandro Cabral otrzymał powołanie na towarzyskie spotkanie Argentyny z Nigerią. To poważny sprawdzian Albicelestes, w którym selekcjoner błękitno-białych chce sprawdzić piłkarzy grających w Europie.
Ciekaw jestem, czy w tym powołaniu ma interes jakiś menedżer, Maciek Skorża nie poznał się na Argentyńczyku w Legii, a może ktoś musi nosić piłki gwiazdom reprezentacji?
Według przysłowia, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Cabralowi w Legii może nie aż tak dobrze, ale w ojczyźnie widocznie jeszcze o nim pamiętają.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Dlaczego?

Mijają echa trzeciego z czterech wielkich spotkań kwietnia. 1-1-1, śmiem twierdzić, bo w lidze remis, puchar ma Real a w LM dalej przejdzie zapewne Barcelona. Mecz podobny do poprzednich – ogromna przewaga Katalończyków w posiadaniu piłki, duża agresywność Realu i wyczekiwanie na kontrę.
Plan „Mou” spalił jednak na panewce. Pomógł w tym arbiter spotkania – Wolfgang Stark. Moim zdaniem przesadził z czerwoną kartką dla Pepe. Co prawda w innej akcji, oszczędził Adebayora, który brutalnie faulował dwóch piłkarzy Barcelony. Ale praca sędziego nie polega przecież na podejmowaniu pochopnych decyzji i „poprawianiu” złych decyzji, jeszcze gorszymi. Przecież, gdy faulował Adebayor było już po meczu.
Dlaczego tak jest? - pytał Jose Mourinho na konferencji prasowej po meczu. Ciężko samemu odpowiedzieć na to pytanie. Paradoksem tego wszystkiego jest to, że nazwisko sędziego Starka w tłumaczeniu oznacza silny, mocny. Sam arbiter jednak wyraźnie nie lubi futbolu siłowego, a pomagając Barcelonie pomógł w awansie do finału … mocniejszej Barcelonie.

sobota, 23 kwietnia 2011

Serious

Słowo to przekładając z angielskiego na nasze oznacza poważny. No i dziś trochę o podobnych wyrazach wizualnie. Wisła przegrała. Poważnie. Nie kłamię. Po raz pierwszy od 11 spotkań. Zatrzymał tę serię nie kto inny, a Orest Lenczyk. Jego Śląsk wypunktował na Oporowskiej lidera Ekstraklasy. A pamiętamy, że kolejkę wcześniej zespół z Wrocławia zakończył swoją passę (14 meczy bez porażki). Nestor nie mógł pozwolić, by ktoś inny miał dłuższą serię bez porażki w tym sezonie. I tak się stało.
Serial o treści Ekstraklasa trwać będzie dalej. Wydawało się, że Wiślacy są murowanym kandydatem do mistrzostwa w tym sezonie. Ba, nawet mówiono już o wzmocnieniach odnośnie Ligi Mistrzów. Troszeczkę to wszystko na wyrost, bowiem najpierw trzeba zrobić jeszcze robotę w lidze. Jaga dojechała już na trzy punkty. Jest zdecydowanie zbyt blisko, by cieszyć się z mistrzostwa.
Lubię te wyrazy rozpoczynające się na literki se. Ten sezon będzie jeszcze ciekawy, senny na pewno nie.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Punkt siedzenia

Pierwsza z czterech bitew zakończona. Moim zdaniem w miarę sprawiedliwie – remisem. Było to całkiem inne spotkanie, niż tamto na Camp Nou (5:0 dla Barcy). Real grając o jednego mniej potrafił w końcówce zdominować Blaugranę i zdobyć wyrównującego gola.
Gola, którego raczej być nie powinno, bo kontakt Daniego Alvesa z Marcelo przy rzucie karnym był równie wątpliwy co czerwona kartka dla Albiola kilkanaście minut wcześniej. Ale wielki „Mou” pogadać sobie musi. Tym razem narzekał na sędziego, choć dzięki niemu właściwie ten mecz w ogóle zremisował. Bo przecież w pierwszej połowie w polu karnym Królewskich w podobnej sytuacji faulowany był Villa, a arbiter bał się pokazać na wapno.
Jak widać, wszystko zależy od punktu siedzenia. Bo dziwne, że jeden trener widział faul na czerwoną kartkę, drugi na żółtą. A w innej akcji ten drugi domaga się jedenastki, a pierwszy łapie się za głowę po decyzji arbitra.

niedziela, 10 kwietnia 2011

To na pewno nasza liga?

Niesamowite tempo, cztery bramki, odwrócenie losów spotkania, dwa niewykorzystane rzuty karne, dwie czerwone kartki i gol samobójczy w ostatniej minucie. Scenariusz niczym z jednego z najciekawszych spotkań angielskiej Premiership. Jednak to polska Ekstraklasa. Do teraz przecieram oczy ze zdumienia. Przeczuwałem, że będzie to dobry mecz, ale to, co pokazali piłkarze na Stadionie Miejskim w Kielcach przerosło moje oczekiwania.
Chwaliłem we wcześniejszych artykułach Małeckiego i jego Wisłę. Mimo dobrego spotkania, „Biała Gwiazda” musi dostać dziś jednak ode mnie po głowie. Niespełna tydzień temu przewidywałem, że sprawa mistrzowskiego tytułu została przesądzona. Obiektywnie patrząc dziś na tabelę, Wisła wcale mistrzem być nie musi. Ma tylko 6 punktów przewagi nad drugą Jagiellonią. A kolejek zostało przecież jeszcze 9.
Skłaniałem się ku Małeckiemu w kadrze. I skłaniał się będę dalej, ale szkoda tej niewykorzystanej jedenastki w meczu z Koroną. Bo o tym, że Edi nie trafił z 11 metrów kilkanaście minut wcześniej nikt by nie pamiętał, gdyby „Mały” pokonał Małkowskiego.
No i słówko o sytuacji z 93 minuty. Szkoda mi tego Wilka. Chłopak przecież z Korony jest. Kilka lat tam spędził, zadebiutował w Ekstraklasie. Teraz jednak przywdziewa trykot Wisły. W niedzielne popołudnie chyba się zapomniał i skierował piłkę do własnej bramki. To znaczy tej Wisły. Ucieszył tym niezmiernie kibiców Korony, ale przecież on teraz gra dla Wisły. Zagmatwane to wszystko, jednak pewne jest to, że tym zagraniem Wilk przedłużył szansę Jagi na walkę o mistrzostwo.


piątek, 8 kwietnia 2011

Nokaut

Myślałem, że o walce bokserskiej i nokautach najgłośniej będzie w niedzielę po walce Adamka. Świat znowu zaskakuje. Oglądam Polonię z Lechem. I co widzę? Najpierw coś w stylu MMA -cios łokciem w głowę. Później patrzę, a Ebi po raz kolejny, niczym miejmy nadzieję Adamek jutro, powala cięższego od siebie o kilkanaście kilo Arboledę. Kibice mieli mały przedsmak jutrzejszej walki, która pewnie zakończy się podobnie. Ten mniejszy i lżejszy wygra. Dziś jednak Ebi zobaczył czerwoną kartkę za swoje brutalne zagranie, bo jemu pomyliły się dyscypliny. Niech się cieszy, że jego Polonia dziś pokonała (jeszcze) mistrza kraju – Lecha 1:0. Korespondencyjny pojedynek wygrał więc Zieliński. To pokazuje, jak pochopną decyzją było wyrzucenie go z ekipy Kolejorza. 
Tak na marginesie, Ebiemu dziś było czerwono przed oczami. Oby Adamek jutro po walce dostał zielone światło na walkę o mistrzostwo świata z Kliczką.

Zburzyli mur

Po wcześniejszych wypowiedziach pana Michaella Muellera można było przypuszczać iż dni prezesa Górnika Zabrze – Łukasza Mazura są policzone. Prezes po posiedzeniu rady nadzorczej został odwołany ze swojej funkcji. Powód? Brak realizacji planów. Hmm… Coś mi tutaj nie gra. Przecież Mazur obejmował stanowisko, gdy Górnik był jeszcze w I lidze i to daleko od wymarzonego awansu. Cel jednak został osiągnięty – „Trójkolorowi” wrócili do Ekstraklasy w ciągu jednego sezonu. Żeby tego było mało po 20 kolejkach zajmują piątą lokatę w ligowej tabeli. To jest brak realizacji planów? Chyba, że chodzi o finanse… No przepraszam bardzo, ale to nie pan Mazur podpisał lukratywne kontrakty z piłkarzami grającymi teraz w Serie B. Szkoda tylko, że nie tej włoskiej, tylko naszej polskiej  klasie B.
Jak widać w Zabrzu nie oglądano się na kibiców, którzy jak to mówili stali murem za Mazurem. Żeby tylko po odejściu prezesa, kibice nie poszli w Jego stronę…

Niegrzeczny

Konfliktowy, arogancki, nie szanuje starszych. Można długo wymieniać. Liczyłem, że się odrodzi. Nawet zależało mi żeby pokazał ten swój charakterek na boisku i pomógł Jagiellonii w walce o mistrzostwo. No i pokazał. Szkoda, że nie na boisku. Albo może i na boisku? Może gdzieś na treningu? Nie wiemy dokładnie, bo kontrakt został rozwiązany na wniosek sztabu szkoleniowego. Może znowu podpadł swojemu przełożonemu. Przeszłoby to gdyby chociaż coś na boisku pokazywał, ale grał przeciętnie żeby nie powiedzieć słabo. Zresztą jak cała ta wiosenna Jagiellonia. Serb znalazł już sobie klub do trenowania. Jest to FK BSK Borča. Wrócił więc do ojczyzny ten krnąbrny napastnik. Zrobił tym i dobrze sobie i chyba nam wszystkim w Polsce, bo jeszcze coś panu Lenczykowi by się stało gdyby go po raz kolejny zobaczył. A szkoda byłoby gdyby nestor zawracał sobie głowę tym zawodnikiem, skoro ustawił już swój zespół tak, że nie przegrywa. I to od 13 meczy. Do videnja chciałoby się powiedzieć Vukowi na odchodne…

niedziela, 3 kwietnia 2011

Mistrza już znamy

Łudziłem się w zimie, że będzie to sezon, w którym co najmniej dwie drużyny będą walczyć do ostatniej kolejki o mistrzostwo Polski. Po pięciu kolejkach rundy rewanżowej jestem bardzo zniesmaczony. Myślałem sobie – Jaga, Legia i Wisła na pewno wytrzymają tempo, bo przecież 15 kolejek to nie aż tak dużo. Nie wiem tylko czy w Białymstoku i stolicy nie wytrzymano ciśnienia, czy Wisła zdenerwowała się ślimaczym tempem grupy pościgowej. Jedno jest pewne, przy tak słabej konkurencji – Wisła będzie mistrzem kraju.
A w meczu na szczycie, Frankowski znowu nie wytrzymał presji. Nie wykorzystał karnego – już drugi raz w tej wiosny. Traci na tym jednak nie tylko Jaga, ale my Polacy. No bo jak nasi w kadrze mają strzelać, skoro ich trener napastników marnuje jedną jedenastkę za drugą…

sobota, 2 kwietnia 2011

Lepszy od pecha

Dużo osób go krytykowało, że za mało futbolu na treningach, że za dużo zajęć siłowych. A jednak, dopina po raz kolejny swego. Mowa o polskim nestorze w Ekstraklasie – Oreście Lenczyku. Mimo niespełna 69 lat, doświadczony trener po objęciu dołującego na początku sezonu Śląska Wrocław, posiada obecnie najdłuższą serie w lidze bez porażki. Mało tego, Śląsk jest szósty w ligowej tabeli i traci zaledwie dwa punkty do obecnie trzeciej Lechii (zmieni się to jeśli Legia zdobędzie dziś punkty z Ruchem). Lenczykowi nie przeszkodziły nawet kłótnie z Vukiem Sotiroviciem. Niepokorny Serb, nie potrafił porozumieć się z nestorem i musiał opuścić klub. Dokładne szczegóły znają jednak tylko Oni. Na dziś wyszło jednak na Lenczyka.
A seria trwa w najlepsze. Nawet mistrz Polski – Lech, na własnym stadionie nie potrafił pokonać zespół z Wrocławia. I to mając już 2:1 w Poznaniu. Dał jednak wydrzeć sobie komplet punktów za sprawą Sztylki. A przecież był to już 13 (!) mecz bez porażki Śląska w lidze.

piątek, 1 kwietnia 2011

Znów cisza

Polacy kolejnym żenującym występem pokazują nam swoją niemoc. Nasza reprezentacja po raz kolejny bez stylu, nie zdobyła bramki. Zremisowała tylko z sennie grającą Grecją. Szkoda, że nie potrafiliśmy wykorzystać tej senności Greków, tylko daliśmy się w nią sami wprowadzić. Dzięki temu mecz stał na bardzo niskim poziomie, a tempo rozgrywania akcji (szczególnie w drugiej połowie) było bardzo wolne. Nie zgodzę się ze słowami selekcjonera Smudy, który mówił, że wcale nie było to złe spotkanie. Owszem było panie Franciszku. Tak słabo grających drużyn na Euro będzie bardzo mało lub wcale. Więc zadawalanie się 1 punktem i tłumaczeniem, że to byli mistrzowie Europy wydaje się śmieszne. Minęło przecież 7 lat od tego sukcesu Greków. Sukcesu, który był sensacją niebywałą. Będąc w takiej formie, rozmiar sensacji z 2004 porównałbym z tym, że Polacy wyjdą z grupy na „naszym” Euro.
Cisza na planie, zdają się wołać zazwyczaj reżyserzy na planie filmów. W polskiej kadrze ta cisza trwa za długo. Cisza z przodu, bo nie ma bramek i cisza z tyłu, bo Żewłakow z kadrą się we wtorek pożegnał. A przy nim nawet Arek Głowacki wyglądał co najmniej poprawnie.

sobota, 26 marca 2011

Bez „rajstop” i goli

Polska reprezentacja przegrała kolejny mecz towarzyski przed Euro 2012. „Biało-Czerwoni” ulegli tym razem Litwie 0:2. Mecz pokazał słabość polskiej reprezentacji. Przecież Litwini nigdy w historii nie brali udziału w Mistrzostwach Światy, czy Europy. Z drugiej strony, gospodarze piątkowego meczu, mogli być nazywani faworytem. Chociaż chyba tylko dla ludzi, którzy wierzą w ranking FIFA. Bo dla reszty, Polacy są co najmniej równorzędnym rywalem na papierze.
Wracając jednak do samego spotkania. Rozpoczęło się tradycyjnie. Zamiast dwóch hymnów, usłyszeliśmy trzy. Najpierw Polski, później PZPN (PZPN, PZPN…) i reprezentacji Litwy. Następnie przekonywaliśmy się przez cały mecz o nierówności boiska w Kownie. Oglądaliśmy bliźniaczo podobne bramki Litwinów (przy których Małkowski mógł spisać się lepiej). Szkoda, że nie strzeliliśmy bramki, a okazji było kilka – Lewandowski mógł trafić dwa razy, a gdyby Grosicki był lepiej skoncentrowany nie obiłby słupka, tylko urwałby siatkę strzelając z pięciu metrów do pustej bramki Litwinów. Na zakończenie nutka o słabej organizacji w polskiej kadrze. Pod koniec meczu, Arek Głowacki wymownym gestem pokazał, że też przydałyby nam się takie rajstopy (przyległe, długie spodnie pod meczowymi spodenkami), jakie mieli Litwini. Stoper po jednym z wślizgów pod koniec spotkania, chyba nie mógł uwierzyć z tego co widział na swojej nodze. Strzelam, że miał ranę. I chyba skuteczność mam lepszą niż Polacy w piątkowy wieczór.

poniedziałek, 21 marca 2011

Zmiana Warty

W przerwie zimowej byli na 16 miejscu w I-ligowej tabeli. Przeszli jednak sporą metamorfozę. Zmienił się prezes. I to jak. Zamiast charakterystycznego garnituru, prezes poznańskiej Warty zakłada zazwyczaj elegancki kostium (nie mylić z kąpielowym). Bo oprócz zmiany prezesa, zmieniła się również płeć osoby na tym stanowisku. Pani Izabella Łukomska-Pyżalska może nie jest geniuszem w dziedzinie piłki nożnej, ale potrafi zrobić świetną otoczkę wokół klubu i dobrze nim zarządzać. Efekt? 3 mecze na wiosnę i 9 punktów. Mało tego, na niedzielnym meczu z GKS-em Katowice, na stadion miejski w Poznaniu przybyło około 20 tysięcy kibiców. Czy to powód dobrze grającej Warty, czy każdy kibic chciał zobaczyć na żywo Panią prezes, która kilka lat temu błyszczała na okładce znanych czasopism dla panów?

sobota, 19 marca 2011

Słabej jakości balon

Trener Jagiellonii – Michał Probierz w przerwie zimowej mocno napompował balon w Białymstoku. Oczekiwania wobec Jagi były ogromne, czas pokazał, że były one za wysokie. Mówmy szczerze, żaden zespół w Europie swojej ligi nie wygra jeśli od 4 spotkań nie zdobywa kompletu punktów. A Jaga na wiosnę zapunktowała tylko raz. A może zapunktował wtedy sędzia? Bo przecież rzut karny podyktowany w meczu z rewelacyjnym Śląskiem był decyzją co najmniej irracjonalną. Mało tego, Probierz i jego zespół odpadł z Pucharu Polski. Co prawda był bliski awansu ale… Oliwa przecież sprawiedliwa. Frankowski nie trafił z karnego. Tylko, że ten karny był chyba ważniejszy, bo grając tak w lidze, Jagiellonia zajmie miejsce poza czołową trójką. A więc nie zakwalifikuje się do europejskich rozgrywek. A przez krajowy puchar droga przecież znacznie krótsza.

piątek, 18 marca 2011

Jednych oświeciło

To miał być wielki mecz, to miały być wielkie derby Śląska. I były. Ale niekoniecznie pod względem sportowym. Śnieżyca, źle przygotowane boisko, pan malujący linie oraz traktor na murawie nie wystarczyły żeby pobudzić piłkarzy obu drużyn. Dopiero po awarii oświetlenia w 48 minucie, oświeciło gospodarzy. I to aż tak, że zdeklasowali rywala z Zabrza o 3 bramki. A było to absolutne minimum, bo podopieczni Adama Nawałki mogli przegrać wyżej. I powinni, ale nowy przybysz z angielskiej League One – Paweł Abbott chyba nie chciał zdobyć swojej pierwszej bramki w barwach Niebieskich. Mimo iż kibicowałem przegranym, chylę czoła nad zdecydowanie lepiej przygotowanymi fizycznie i mentalnie do meczu piłkarzami chorzowskiego Ruchu. To była dobra lekcja futbolu. Chociaż z drugiej strony, ciekaw jestem jak skończyłby się mecz gdyby nie awaria świeczek przy Cichej…

wtorek, 15 marca 2011

Sztuka dzielenia

Wedle biblii, my chrześcijanie powinniśmy się dzielić. Jednak nie tylko w życiu widzimy to zjawisko. Również w futbolu możemy dostrzec obraz dzielenia. Prezes Polonii Warszawa – Józef Wojciechowski, dzieli się pieniędzmi ze swoimi trenerami. Miał ich już za swojej kadencji 15, więc obdarował ich srogo. Szkoda tylko, że oni nie dzielą się z nim swoją wiedzą na temat piłki i nie potrafią wykonać planu prezesa „Czarnych Koszul”. Trzymając się tematu stołecznej drużyny, ona sama wiosną dzieli się punktami z innymi drużynami, bądź oddaje je bez pozostawienia sobie nawet oczka. No i na koniec, kiedy Piotr Stokowiec podzieli los swoich poprzedników? Bo, że podzieli możemy być pewni.

poniedziałek, 14 marca 2011

Bos(sem) długo nie był

No i stało się. Mimo wielu zapowiedzi o zmianie podejścia przez pana Józefa Wojciechowskiego, prezes „Czarnych koszul” zwolnił wczoraj po meczu z Zagłębiem Lubin (0:1) Theo Bosa i trzech jego współpracowników - Jana de Zeeuwa, Bogusława Kaczmarka i Marka van Hintuma. Właściciel Polonii nie ma szczęścia do trenerów. Zatrudnia ich za wielkie pieniądze i marzy o europejskich pucharach. Ci jednak zamiast wprowadzać zespół ze stolicy na europejskie salony, dołują z ekipą gdzieś w pobliżu strefy spadkowej.
Ruch Pana prezesa mnie nie dziwi, bo skoro kiedyś potrafił wyrzucić Bobo Kaczmarka (mimo iż ten w lidze nie przegrał meczu), to tym bardziej mógł wyrzucić Bosa, który w lidze nie wygrał meczu i odpadł z Lechem w Pucharze Polski.
Wojciechowski być może zapobiegł katastrofie, a może sam ją wywołał… Miejsce na ławce trenerskiej w najbliższym meczu z Widzewem zajmie Piotr Stokowiec. Człowiek bez większego doświadczenia. A Widzewiacy również z nożem na gardle, obok meczu nie przejdą. Bo przecież obie drużyny mają tylko 3 punkty przewagi nad spadającą w tej chwili z ligi – Arką.  

piątek, 11 marca 2011

Braku konsekwentności ciąg dalszy

Selekcjoner reprezentacji Polski – Franciszek Smuda podał dziś kadrę na marcowe mecze z Litwą (25.03) oraz Grecją (29.03). Nie brakuje niespodzianek. Niespodzianek? Powiedziałbym nawet, że selekcjoner zadrwił sobie z nas - kibiców. Po jatce z Michałem Żewłakowem, Smuda nagle powołał doświadczonego piłkarza na mecz pożegnalny. Gest może i miły, ale szkoda, że tak dziwnie selekcjoner postąpił z byłym kapitanem kadry parę miesięcy temu, kiedy Żewłakow z ostoi defensywy stał się piłkarzem nieotrzymującym powołań. Oprócz tego śmieszy mnie obsada bramki. Ponoć Polska bramkarzami stoi. Tak? No to się zdziwią na świecie jak przeczytają tą trójkę, która została wytypowana na najbliższe spotkania. Może Tytonia ktoś kojarzy. Chociaż poza Holandią wątpię. Sandomierski i Małkowski? Melodia przyszłości, chociaż golkiper Lechii Gdańsk ma już skończone 24 lata, więc nastolatkiem nie jest.
Smuda przywrócił również banitę z Kolonii – Sławka Peszkę. Ruch jak najbardziej poprawny, ale Smuda po raz kolejny pokazuje brak konsekwentności w swoich decyzjach. Skoro wrócił Peszko, to może dać kolejną szansę Borucowi? Może za bardzo faworyzuję bramkarza Fiorentiny, ale weźmy pod uwagę to, że tylko on z naszych bramkarzy ma doświadczenie w bronieniu na wielkich imprezach…
I jeszcze jedno, dlaczego Patryk Małecki w czasie zgrupowania trenował będzie w klubie?

środa, 9 marca 2011

Przewrotne życie

Dzięki wielu szczęśliwym okolicznościom, Wojciech Szczęsny bronił ostatnio regularnie w Arsenalu Londyn. Limit szczęścia spowodowany kontuzjami rywali do miejsca w bramce „Kanonierów” się skończył. Nie chodzi jednak o powrót Almunii i Fabiańskiego (wciąż leczy uraz) do świetnej dyspozycji. Tym razem kontuzji doznał polski golkiper i to w najmniej oczekiwanym momencie… Życie płata różne figle, a to Szczęsnego jest bardzo przewrotne. Pod koniec 2008 roku złamał obie ręce podczas treningu na siłownii, rok temu był zawodnikiem trzecioligowego Brentford, przez ostatnie miesiące stał się kluczową postacią w ekipie Arsena Wengera i powstrzymał w 1/8 finału Ligi Mistrzów na Emirates – Barcelonę (2:1). Oprócz tego zawinił do spółki z niedoszłym reprezentantem Polski – Laurent’em Koscielnym przy decydującej bramce w finale Carling Cup (2:1 dla Birmingham). Wczoraj jego kariera weszła w kolejny ostry zakręt. Była 17. Minuta meczu, rzut wolny z odległości ponad 30 metrów. Do piłki podszedł Dani Alves, jednak Polak złapał ją bez problemów. Sęk w tym, że zrobił to tak nieszczęśliwie, że chwilę później opuścił boisko. Kto wie, co byłoby gdyby Wojtek rozegrał na Camp Nou pełne 90 minut. Może Arsenal wyjechałby z większym bagażem goli, a może Polak byłby wielkim bohaterem Arsenalu. Bo wątpie, żeby przy rzucie karnym Messiego, Szczęsny został w środku i tylko uklękł przed najlepszym piłkarzem świata 2010 roku. Tak zrobił Jego wczorajszy zmiennik – Almunia i m.in. dzięki tej bramce Arsenal odpadł z Champions League.
Panie Wojtku, proszę wracać do zdrowia bo liczy na pana Wenger, no i oczywiście Smuda, który konsekwentnie pomija w swoich powołaniach innego świetnego polskiego golkipera. Polaka, który broni poprawnie i przede wszystkim regularnie w mocnej Serie A.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Polska ziemią obiecaną

Za nami pierwsza kolejka Ekstraklasy. Mimo iż szanse na zmianę lidera były, to nie zostały wykorzystane. Mimo braku spotkania Jagiellonii ze Śląskiem, Białostoczczanie pozostali liderem polskiej Ekstraklasy. Legia nie wykorzystała szansy i tylko zremisowała (z wielkim trudem) z ostatnią Cracovią 3:3, a Wisła dzięki zwycięskiej bramce Małeckiego zrównała się punktami z prowadzącą Jagą.
Dziś tematem są jednak liczby. Mamy 138 obcokrajowców w polskiej Ekstraklasie, 62 z nich grało w podstawowym składzie swoich drużyn w minionej kolejce co stanowi niespełna 45%. Szkoda (?), że nie grała Jaga, bowiem zapewne podniosłaby ilość cudzoziemców biegających po polskich boiskach. Biorąc pod uwagę 154 zawodników, którzy wyszli w pierwszej „11”, zagraniczniaki stanowili 40,25%. Te notowania pokazują, że polska liga stała się ziemią obiecaną dla wielu obcokrajowców, a duża ilość klubów nie stawia na młodzież i rodaków tylko na ludzi z zagranicy. Najmniej Polaków wystąpiło w meczu Arki z Wisłą, gdzie w podstawowych składach zobaczyliśmy tylko 6 piłkarzy z polskim obywatelstwem. Na drugim biegunie są drużyny z Bytomia, Bełchatowa, Zabrza oraz stołeczna Polonia. W tych ekipach wystąpiło 9 bądź 10 polskich piłkarzy.
Popatrzmy jednak na tabelę. Ona pokazuje nam jak wartościowymi graczami są piłkarze z zagranicy. Wisła, Legia, Jagiellonia mają kolejno 15, 12 i 10 obcokrajowców w swoich kadrach i plasują się na czołowych miejscach w tabeli jak i rankingu graczy zagranicznych. Natomiast zespoły mające najmniej cudzoziemców (czyt. Górnik -2, Śląsk - 4, Ruch - 4) nie dają zachwytu swoim kibicom i znajdują się nisko w tabeli.
Czy nam się to podoba, czy nie, w Ekstraklasie będzie coraz więcej piłkarzy zagranicznych, bo po pierwsze Polska jest krajem lepszym pod względem finansowych dla graczy ze Wschodu, a po drugie największe kluby ściągają obcokrajowców podnoszących poziom swój i ligi. Popatrzmy choćby na Premier League, gdzie 9 obcokrajowców w podstawowym składzie jest przecież normalką…

czwartek, 24 lutego 2011

Mało futbolu w… futbolu

Za nami już wszystkie mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów. Jednak bramek w tych ośmiu spotkaniach mieliśmy jak na lekarstwo (16). Wszyscy wielbiciele stawiania „underów” u bukmachera pewnie mają grubszy portfel, chyba, że niefortunnie postawili na któryś z meczy: Arsenal – Barcelona (2:1) lub Roma – Szachtar (2:3). Tylko te dwa mecze przyniosły popularne „overy” w postaci liczby goli. Mimo braku bramek, pasjonaci futbolu narzekać nie mogą, bowiem właściwie tylko Chelsea, która ograła na wyjeździe FC Kopenhagę ma zapewniony awans do kolejnej rundy. Martwi jednak to, że trenerzy coraz uważniej przygotowują taktykę pod danego przeciwnika i ich zespoły prezentują nam przysłowiową partyjkę szachów. Takie jednak ich zadanie, bo ciśnienia na wynik jest praktycznie wszędzie. Dobrze, że chociaż Barcelona na Emirates grała swoje. Co będzie jednak, gdy „Blaugrana” odpadnie z rozgrywek? Faworytem i najładniej grającą drużyną będzie ich rywal z 1/8 – Arsenal.

niedziela, 20 lutego 2011

Cztery pory roku w Poznaniu

Może boisko typowo zimowe, nienajlepiej przygotowane, lekko ośnieżone i zmrożone. Jednak atmosfera i feta po zwycięstwie nad wicemistrzem Portugalii jak najbardziej letnia. Mamy w kalendarzu jeszcze dwie inne pory roku. Na nie też znalazłem logiczne wytłumaczenie. Jesień, bo Lech zupełnie w jesiennym składzie ograł „spadkowicza” z Ligi Mistrzów. Jedyną nowością był brak na prawym skrzydle Sławka Peszki i wejście na ostatnie kilka minut Vujo Ubiparipa. Ale nazwać tego jakąś wielką zmianą nie należy. Braga natomiast całkiem odwrotnie, bo po ciężkiej i srogiej zimie wyszła w Poznaniu w zupełnie innym składzie niżeli kilka miesięcy wcześniej. I to właśnie goście ukazali wiosenną rewolucje. Rewolucję, która nic nie przyniosła. Do przerwy 1:0 dla Poznaniaków, ale cieszmy się ze słabości przeciwnika, bo przypuszczam, że drugiej tak przeciętnie grającej drużyny jak Lech w czwartek nie znajdziemy spośród drużyn, które awansują do 1/8 Ligi Europejskiej. Jednak z drugiej strony, czy Inter pod wodzą Mourinho w zeszłym sezonie grał pięknie? Nie, był do bólu skuteczny, a zdobył właściwie wszystko co mógł. Miejmy nadzieję, że Lech będzie nie tylko skuteczny, ale i konsekwentny w swoim działaniu. Uważajmy jednak na Bragę, bo przecież prowadzi ich młody i bardzo zdolny trener – Domingos, którego nazywają w Portugalii „skromna wersja Jose”.

piątek, 11 lutego 2011

Karew…

To, że kilka lat wstecz a dokładniej prawie dekadę temu Dariusz Szpakowski nie potrafił poprawnie wydukać nazwiska norweskiego napastnika jakoś szczególnie mnie nie dziwi (El.MŚ do Korei i Japonii), ale to, że po prawie 10 latach w tej samej publicznej… telewizji inny komentator ośmiesza się po raz kolejny naprawdę mnie bawi. Już samo hasło pana Jasiny o tym, że pytał norweskich komentatorów jak wymawia się nazwisko rosłego piłkarza Stoke jest śmieszne, a będąc poważnym komentatorem mógł przecież nie przyznawać się na wizji i mówić jaki jest niekompetentny. Mocne słowa, ale tak jest. Popatrzmy z drugiej strony. Przecież dążymy do nowoczesności, świat idzie do przodu, więc dlaczego mamy mówić karew, skoro w języku, w którym człowiek dogada się właściwie wszędzie (angielskim) fonetycznie nazwisko brzmi kerju?! Każdy inny szanujący się dziennikarz sportowy nie popełni podobnej gafy, bo wyobrażacie sobie np. komentatora niemieckiej Bundesligi, który na meczu ligowym łamie sobie język na nazwisku Błaszczykowski. Nie, bo nie będzie się ośmieszał. Dlatego powie Kuba, bo tak jest nawet napisane nad numerem 16 żółto-czarnej koszulki. Dobrze, że chociaż polska piłka idzie do przodu i pokonaliśmy 11. według rankingu FIFA zespół.

sobota, 5 lutego 2011

Drogi makijaż

To, że kobiety wydają duże pieniądze na makijaż wiemy od dawna. Czasy się jednak zmieniają i pewne tendencje również ulegają przedawnieniu. Zimowe okienko transferowe na świecie pokazało, że faceci również uwielbiają zmianę makijażu. A właściwie zmianę koloru. Jednak do sedna. Torresa, Abramowicz przemalował z koloru czerwonego na niebieski, natomiast brak jego w Liverpoolu uzupełniono znanym z biało-czarnych odcieni – Andy’ego Carrola i biało-czerwonych – Luisa Suareza. Zabieg kosmetyczny można powiedzieć, jednak takowe kosztują nawet w najlepszych salonach kwoty dużo mniejsze. Bo przecież nawet najbliższa kobieta Romana Abramowicza nie wyda w salonie mody tyle co on na swoich nowych piłkarzy. Bo przecież oprócz 58 milionów Euro za Torresa, Chelsea kupiła za „waciki” (25 mln Euro) Davida Luiza. I spróbujmy jeszcze więcej narzekać na nasze kobiety…

sobota, 29 stycznia 2011

Poprawna kolejność

Polskie kluby w zimowym okienku transferowym nie próżnują. Najpierw masowo sprzedawały swoich piłkarzy za granicę. Teraz po uzbieraniu odpowiednich funduszy, mamy tendencję całkowicie odwrotną. Otóż na Polskę nacierają zagraniczne zaciągi piłkarzy. Struna, Komołow, Gasparik, Arzumanjan, Pejović, Seratlić, Puri, Ubiparip, Cotra, Dokić, Michal Pesković, Elsner, Riski, Straton, Zigajevs, Genkow, Jaliens, Melikson, Siwakow, Abwo. 20! Prawie dwie jedenastki nowych zagranicznych piłkarzy będzie biegać po boiskach polskiej ekstraklasy na wiosnę. Oby tylko się sprawdzili. Większość z nich przyjechała do Polski „za frytki”, ale są też tacy, którzy dużo kosztowali. Popatrzmy na takiego Meliksona. Chłopak niby zadebiutował w reprezentacji Izraela, był wyróżniającym się piłkarzem w swojej drużynie, ale czy będzie w stanie podbić polską Ekstraklasę. Ciśnienie jest na nim wielkie, bowiem Wisła wydała na swojego nowego ofensywnego gracza blisko milion euro.
Dobrze, że po ucieczkach wyróżniających się piłkarzy, nadeszły też wielkie powroty do kraju Polaków. Największym przykładem jest powrót z Rubina do Lecha – Rafała Murawskiego. Oprócz niego warto odnotować powrót piłkarza, który w ostatnim czasie dostawał powołania do kadry – Adama Kokoszki. Stoper Empoli został wypożyczony do Polonii Warszawa. Również lider odkurzył Polaka zagranicą. Jagiellonia ściągnęła ze spadkowicza rosyjskiej ligi Bartłomieja Grzelaka.
Cieszy mnie aktywność polskich klubów na rynku, równowaga w kwestii przylotów jak i odlotów oraz poprawna kolejność wykonywania działań. Miejmy nadzieję, że oprócz ładnego wyglądu na papierze, nowi gracze pokażą też dobrą grę na zielonym prostokącie.

niedziela, 16 stycznia 2011

Fenomen Kloppa

Ludzie się kiedyś dziwili, co takie Mainz robi w Bundeslidze. Gra, jego piłkarze grają pod dyktando obecnie najlepszego niemieckiego trenera. To samo Mainz grało z Kloppem w europejskich pucharach. Bez fajerwerków. Później „Kloppomania” ucichła, zespół z Moguncji spadł do 2.Bundesligi. Sam trener został jednak na stanowisku i spokojnie przygotowywał zespół do powrotu do najlepszej ligi piłkarskiej w Niemczech. Przygotowywał, lecz został wyłowiony przez Borussię Dortmund. 2008/09 – 6. miejsce, rok później – 5. Minął kolejny rok i BVB jest zdecydowanym faworytem do zdobycia mistrzostwa Niemiec. 44-latek jest bardzo bliski sukcesu, choć jak sam mówi: „Naszym celem jest gra w przyszłym sezonie w Lidze Europejskiej”. Ten człowiek jest zupełną odmiennością polskiej mentalności. Wyobraża sobie ktoś drużynę w Polsce, która po półmetku sezonu ma 13 punktów przewagi nad wiceliderem i mówi, że walczy tylko o LE? Nie! U nas byłby już tak napompowany balon, że ten zespół albo odjechałby będąc na fali, albo zaczął seryjnie tracić punkty. No bo co? Pan Wojciechowski, nie odważyłby się powiedzieć, że mistrzostwo ma w kieszeni? Odważyłby się. Tak samo jak każdy inny człowiek zamieszany w polski futbol. O nie, przepraszam. Jest taki jeden człowiek. Obecnie trener nawet lidera ekstraklasy. Michał Probierz. Co prawda Jagiellonia ma przewagę taką samą jak Borussia, lecz bez jedynki z przodu i nie wiadomo co mówiłby w sytuacji Niemca. Ale przewagę ma i gdybyśmy kończyli teraz sezon zostałaby mistrzem kraju. A może trener Jagi nie chce pompować balonu, by go na wiosnę nie wyśmiano. By nie powiedziano: pompował i pękło. Bo pęknąć może. Zrobiła się już taka mała dziurka w tym balonie lecącym do mety o nazwie Mistrzostwo Polski. Ta dziurka została nazwana „Grosik”. Teraz od dobrych decyzji trenera i prezesa Kuleszy będzie zależało, czy ta dziurka zostanie dobrze „załatana”. Jeśli nie, może ona przeobrazić się w większą i ten tani czarnogórsko-polski materiał, mający służyć jako łata - zwany Seratlić-Grzelak, może nie wytrzymać. Balon pęknie, a Jaga wyląduje gdzieś na miejscu 3-5. Chyba, że po powrocie z Rosji, Grzelak okaże się innym piłkarzem niż przed wyjazdem, a Seratlić będzie odkryciem ligi. Niech i tak będzie, tego życzę panu Michałowi z całego serca, bo pokazał, że ma charakter i nie będziemy się za Jego zespół wstydzić w Europie.

niedziela, 2 stycznia 2011

Masowe odloty

To, że bociany na zimę odlatują z Polski do ciepłych krajów jest raczej pewne, ale nie spodziewałem się, że nasi piłkarze podczas tego zimowego okienka transferowego tak chętnie będą odchodzić z klubów z rodzimej ekstraklasy. Jedni „przepasowali” już swoje najlepsze lata i teraz zachciało im się dorobić troszkę zagranicą, inny po rundzie, w której popełnił zaledwie jeden kiks odchodzi do broniącego się przed spadkiem klubu tureckiej Superligi. Ostatni natomiast, bez wątpienia najbardziej wartościowy z wymienionej czwórki opuszcza swój statek. Swój okręt, którym miał wypłynąć w lutym w rejs do Portugalii, a przy odrobinie szczęścia może i zahaczyłby o Wyspy Brytyjskie. Z tego statku dowodzonego przez Jose Marię Bakero przenosi się do popularnych „Koziołków”, jak mówi się na zespół FC Koln w Niemczech. Trudno się mu dziwić, skoro zespół z Kolonii oferuje mu Eldorado finansowe, które mimo wysokiego kontraktu w Lechu porównywać i tak nie sposób. Nazwisk podawać nie muszę. Wszyscy znający się na futbolu wiedzą o kim mowa. Braciom spod Wawelu w Trabzonie pomoże na pewno ich dobry kolega ze wspólnych występów w krakowskiej Wiśle – Arek Głowacki. Ale czy nierozłączni bracia będą w stanie w drużynie lidera tureckiej ligi pokazać klasę? Byle tylko z naszego skrzydłowego w Niemczech nie zrobili sobie koziołka ofiarnego po spadku jego drużyny z ekstraklasy, no i żeby błyskawica (zielone błyskawice – tak mówi się w Turcji na zespół Konyasporu) nie trafiła po jakiejś feralnej interwencji polskiego bramkarza. Tego Nam jak i im życzę w nowym 2011 roku.